O nas


Nasze działania


Projekt Unijny


Konkursy literackie


Recenzje

Katarzyna Grec - kl. VIa
Szkoła Podstawowa Nr 109
Szkoła Podstawowa Nr. 109 im. Ludwiki Wawrzyńskiej
Łódź, ul. Pryncypalna 74
Ja za dwadzieścia lat

Pewnego ciepłego, słonecznego popołudnia spacerując pośród łąk i pól, podziwiałam piękno naszej polskiej przyrody: zieloność traw i złocistość zbóż. W pewnej chwili mój wzrok zatrzymał się na samotnie rosnącej, rozłożystej, dostojnej lipie. Natychmiast na myśl nasunęły mi się słowa fraszki naszego wybitnego poety epoki odrodzenia Jana Kochanowskiego "Na lipę":

"Gościu, siądź pod mym liściem,
a odpocznij sobie!
Nie dojdzie cię tu słońce,
przyrzekam ja tobie"

Będąc już trochę zmęczona tą podróżą, przysiadłam na zielonym dywanie traw pod tym drzewem czarnoleskim. Siedząc zamyślona, wchłaniałam pełną piersią zapachy rześkiej przyrody. Ukojona wielką dobrocią lipy, śpiewem ptaków, zapadłam w słodki sen. I oto niczym na jawie widzę siebie, ale "dwadzieścia lat później".

Jestem już dorosłą, trzydziestoparoletnią kobietą, która prowadzi unormowane i szczęśliwe życie. W swoim dorobku życiowym mam też wiele doświadczeń, przeżyć, wzlotów i upadków, choćby z tego względu, że jestem nieśmiałą, wrażliwą i cichą dyslektyczką. Mimo takiej osobowości, staram się być szczęśliwym, radosnym i pełnym optymizmu człowiekiem, który z mozołem i wielkim trudem realizuje plany i marzenia. Moje pragnienia z dzieciństwa właśnie się spełniły. Dzięki wytrwałości osiągnęłam swój cel życiowy. Ukończyłam Wyższą Uczelnię Medyczną w Łodzi i jestem lekarzem weterynarii. Od najmłodszych lat zawsze lubiłam zwierzęta, a szczególnie konie. Mam wspaniały dom, męża Edwarda i dwie pary bliźniąt: Patrycję i Alicję, oraz Franka i Wacka. Dobra materialne nie są rzeczą najważniejszą . Ważne jest, że jesteśmy zdrową, kochającą się rodziną, pamiętającą o tym, że to nasi rodzicie są naszymi najlepszymi wychowawcami. Za wszystko, co w życiu robię, czuję się odpowiedzialna. Dzisiejsza moja rzeczywistość, to nic innego, jak rezultat działania z przeszłości. Pamiętam, że byłam dzieckiem, które miało swoje marzenia i plany na najbliższe lata. Myślę, że do końca swoich dni będę pamiętać o tym, co w życiu jest najważniejsze: Bóg, rodzina i praca. Od kilku lat mam też swoje życie zawodowe. Trudno mi powiedzieć , jak to jest, gdy się ma tylko dom na głowie. Nie wiem, czy umiałabym zrezygnować z pracy. "… Rozmawiać z kwiatami, drzewami, zwierzętami to takie cudowne i do tego - za darmo!" (Phil Bosmans). Mając niewiele lat musimy podejmować decyzje, które niejednokrotnie kształtują całe nasze życie. Najdziwniejsze jest to, że uświadamia nam to dopiero spojrzenie wstecz. Jak szybko minęło te dwadzieścia lat, w ciągu których nie tylko w moim kraju - Polsce, ale i na świecie zmieniło się mnóstwo różnych rzeczy. Po bliższej i dalszej przeszłości pozostały budowle, które były świadkiem wydarzeń wielkich i małych, i często zajmują szczególne miejsce w naszych sercach. Piękne i urokliwe zakątki naszego kraju, zapomniane niekiedy. Jest ich wiele. Dla mnie niezwykle sentymentalnym miejscem jest miasto Łódź i dom moich rodziców. Miasto Łódź położone jest w dolinie Neru, w środku Polski. Pierwsza wzmianka o "wsi Łodzia" pochodzi z 1332r. Prawa miejskie zostały jej nadane przez króla Władysława Jagiełłę w Przedborzu nad Pilicą w 1423r. Lata zaborów i wojen, to czas przeobrażeń Łodzi z małej osady rolniczej, w wielkie miasto przemysłowe, które po upadku komunizmu straciło rangę miasta włókienniczego. Dziś miasto to jest ważnym ośrodkiem akademickim i kulturalnym. Łódź to rodzinne miasto moich przodków. Jestem łodzianką w czwartym pokoleniu. Od najmłodszych lat wychowywano mnie w duchu szacunku do miejsca , w którym się urodziłam i dorastałam, i które swoim wdziękiem może zachwycić każdego. Od czasu kiedy założyłam nową rodzinę, mieszkam i pracuję w miasteczku Łazy koło Mielna, położonym nad Morzem Bałtyckim. Każde miejsce w Polsce, najmniejszy jej skrawek ma ciekawą historię. Wystarczy tylko chcieć ją poznać. Malownicze tereny miasteczka Łazy - miejscowości wypoczynkowej leżą w północnej części Polski, w niewielkiej odległości od miasta Mielno, w pasie pobrzeży nizin nadmorskich, wzdłuż wybrzeża Morza Bałtyckiego usłanego stromymi urwiskami zwanymi klifami z wąską i zwykle kamienistą plażą. W miejscach, gdzie różnica wysokości między lądem a morzem jest niewielka, występują szerokie, piaszczyste plaże. Miasto Mielno leży u nasady mierzei oddzielającej jezioro Jamno od Morza Bałtyckiego. To nadbrzeżne, stosunkowo płytkie (głębokość do 3,9 m) jezioro jest połączone z morzem przekopem zwanym Jamieńskim Nurtem. Pierwsze wzmianki o osadzie rybackiej i rolniczej Mielno pochodzą z XIII wieki. W okresie powojennym miasto przekształciło się na miejscowość typowo wypoczynkowo-uzdrowiskową. Do dziś istnieje tu port handlowy, Oceanarium i wiele innych atrakcji turystycznych. Samo miasto Mielno jest miejscem szczególnie bliskim memu sercu. To tutaj się urodził i tu ma dom rodzinny mój mąż. Dom, w którym i ja, jako żona Edwarda przez pracę lat mieszkałam, dopóki nie nabyliśmy włości w Łazach. Będąc na studiach medycznych poznałam mojego męża, który tak jak ja, jest weterynarzem. Już wtedy będąc studentką, w mojej duszy czułam, że głos serca wzywa mnie do pójścia w dalekie strony kraju, na północ, aby złączyć bicia serca dwojga kochających się ludzi w jeden wspólny ton, który rozbrzmiewa głośnym echem po dziś dzień, głosząc tu i tam, że wspaniale być rodziną mieszkającą w Łazach aż do końca swoich dni. Moja pasja pomocy zwierzętom, potrzeba naukowego zgłębienia przyczyn różnych dysfunkcji zdrowotnych, zrodziła się jeszcze w szkole podstawowej. Rozwijałam ją razem z mężem, zarówno na studiach jak i w czasie praktyki lekarskiej w różnych ośrodkach w kraju, jak i za granicą. Choć miałam propozycję pracy w niejednej zachodniej placówce, to nie przyjęłam jej. Zrozumiałam, że szczęście jest w ojczyźnie, wśród swoich, gdzie zawsze można czuć się dobrze i bezpiecznie, po prostu - jak u siebie w domu. Razem z mężem mieliśmy pasję tworzenia czegoś konkretnego od podstaw, a z domu wynieśliśmy nasze poczucie obowiązku. I tak, pewnego dnia wreszcie mogliśmy zrealizować wspólne marzenia o powołaniu ośrodka, który od początku do końca jest zgodny z naszymi wyobrażeniami. Postanowiliśmy utworzyć wzorcową placówkę dla zwierząt, która zapewni chorym stworzeniom opiekę i pomoc medyczną od pierwszych objawów choroby, aż po maksymalne wyleczenie, a jeśli to niemożliwe, nauczy ich właściciel radzenia sobie z problemami nieuleczalnie chorego zwierzęcia. Dziś oto jestem współwłaścicielką i dyrektorem tego uroczego zakątka, w którym niosę pomoc cierpiącym, chorym zwierzętom. Otworzyliśmy Szpital i Przychodnię dla zwierząt. Powstał on na fundamentach dawnych zabudowań gospodarczych pewnej posiadłości, którą nabyliśmy kosztem wielu wyrzeczeń i nieprzespanych nocy - nas dwojga lekarzy, pasjonatów. Po kilkutygodniowym remoncie i rozbudowie, obiekt ten poprzez eleganckie elewacje i wnętrza, zielone tereny dookoła, sprawia, że miejsce to wygląda niczym wymarzony, zaciszny pensjonat, ale dla zwierząt. Nad zwieńczeniem ściany głównej umieściliśmy posąg konia, a nad wejściem widnieje nasze logo o przyjaznych żółto-pomarańczowo-brązowych barwach. Wygląda to pięknie. Zapraszam wszystkich właścicieli zwierząt ze swymi pupilkami do odwiedzenia naszego uroczego zakątka w Łazach przy ulicy Miodowej 12. Kilkunastoosobowy zespół lekarzy, pielęgniarek i personelu pomocniczego czuwa nad zdrowiem i dobrym samopoczuciem zwierząt. Jest takie powiedzenie, że dobrze jest zarządzać firmą poprzez "oczy właściciela", toteż najcenniejszą wartością jest tworzący ją zespół ludzi. Jesteśmy jednym z najnowocześniejszych szpitali tej branży w Europie. Wyposażyliśmy go w najnowsze zdobycze technik diagnostycznych, łącznie z technologią cyfrową. Jako doświadczona placówka, podejmuję także wiele inicjatyw profilaktycznych i naukowych. Najważniejsza z nich to coroczne konferencje dotyczące najnowocześniejszych metod leczenia zwierząt, w których uczestniczą wybitni specjaliści. Autorskie programy lekarzy weterynarii zdobywają duże uznanie zarówno wśród opiekunów zwierząt jak i naukowców. Rzeczywistość, w której żyję i pracuję, zmieniła się nieprawdopodobnie. Stale koncentruję się na przyszłości, ale do historii często powracam. Współpraca z różnymi ośrodkami zajmującymi się zwierzętami to moja pasja, a sukcesy na tym polu dają mi dużo satysfakcji. Stale podnoszę swoje kwalifikacje, aby moje działania były bardziej skuteczne: uczestniczę w licznych warsztatach oraz szkoleniach zwiększających moje umiejętności zawodowe. Od zawsze zależało mi na zdrowiu i ochronie zwierząt, w związku z czym aktywnie działam w Towarzystwie Przyjaciół Zwierząt, Schronisku dla bezdomnych zwierząt i Schronisku dla koni "TARA". Moja współpraca z tymi ośrodkami rozpoczęła się kilka lat temu i rozwija się na fundamencie wzajemnego zaufania. Odkąd tylko pamiętam, zawsze starałam się angażować w życie społeczne, wykorzystując moje umiejętności oraz wiedzę do pomocy innym. Moje osiągnięcia na tym szczeblu zawodowym zauważyły nie tylko lokalne, ale i ogólnokrajowe Media, dzięki czemu zyskałam reklamę i motywację do dalszej pracy. Oprócz mojej pasji zawodowej, w życiu swym realizuję także hobby, którym są konie. Jako, że wspólnie z mężem posiadamy duże połacie ziemi, otworzyliśmy także Ośrodek Rekreacyjny ze stadniną koni. Z sentymentem wspominam lata dzieciństwa, kiedy to byłam przedszkolakiem i brałam udział w różnych wycieczkach i piknikach połączonych z przejażdżką na kucykach i koniach. Jakże to była wspaniała jazda i niezapomniane chwile. Od najmłodszych lat marzyłam, by mieć własnego konia, całego białego z brązową łatką na grzbiecie, który nazywałby się "Łatka". Dziś, kiedy już jestem dorosłą osobą, te marzenia się spełniły i oto teraz mam już nie "jednego", ale kilka koni i kucyków. W naszym ośrodku prowadzimy Szkółkę nauki jazdy konnej, rehabilitację dla dzieci niepełnosprawnych - hipoterapię oraz imprezy okolicznościowe dla grup zorganizowanych i nie tylko, połączone z przejażdżką na koniach bądź kucykach. Pamiętam, że swego czasu uczestniczyłam w kursie na organizatora imprez okolicznościowych w ramach Europejskiego Funduszu Społecznego, więc dzisiaj bardzo to mi się przydaje, gdyż już wiem, jak to wszystko zorganizować i poprowadzić, aby wszyscy byli zadowoleni i z chęcią powracali do naszego ośrodka. Koń - jako zwierzę domowe wymaga codziennej opieki człowieka. Każdego dnia trzeba go czyścić - szczotkować i sprzątać boksy w stajni. Przed jazdą trzeba mu wyczyścić kopyta kopystką. Najtrudniejszą czynnością jest włożenie wędzidła do pyska pomiędzy zęby. Później trzeba osiodłać konia i wtedy można go dosiadać. Jak tylko wystarcza mi sił i czasu, to najczęściej przy swoim koniu "Łatce" wszystkie te czynności wykonuję sama. Pozostałe konie: Orzeszka, Kwiatuszka, Falę, Niziołka, Jastrzębia, Strzałę i kucyki oporządzają pracownicy stajenni. Uczestnicząc w różnych imprezach rekreacyjno-sportowych, spotykam się z ludźmi wykonującymi taką sama profesję. Jest to dla mnie okazja do nawiązania nowych znajomości, a często też przyjaźni i kontaktów biznesowych. Po wielu doświadczeniach mogę dziś śmiało powiedzieć, iż tak udało mi się ułożyć życie, że moja pasja stała się moją pracą. Pozwoliło to mi godnie i niezależnie żyć. Jestem w komfortowej sytuacji, bo robię to, co lubię. Praca sprawia mi ogromne zadowolenie, jest wręcz terapią na troski codziennego dnia. Dziś po tych kilku latach pracy odkryłam, że moim bogactwem jest głęboki spokój, z jakim podejmuję wysiłek, uprawiam i zdobywam to, czego świat nie może mi odebrać. Realizuję moje fantazje uszczęśliwiając siebie i dając radość innym. Spędzanie wolnego czasu, który muszę przy dobrej organizacji umieć wygospodarować, przeznaczam na przebywanie z rodziną i przyjaciółmi w ciekawych miejscach i robienie interesujących rzeczy. Jestem miłośniczką sportu i zdrowego stylu życia. Aktywny styl życia towarzyszy mi od zawsze. Moimi ulubionymi dyscyplinami sportu są: jazda konna, pływanie i jazda na nartach. To mój sposób na odprężenie się, relaks i wyładowanie emocji, a także na zachowanie zdrowia i dobrej sylwetki. Wierzę w stare porzekadło, że "w zdrowym ciele zdrowy duch!" Żyjąc zdrowo i aktywnie wykształcamy w sobie dyscyplinę i umiejętności organizacyjne, które służą w innych dziedzinach życia. Sport uczy odpowiedzialności, gry zespołowej i nastawienia na osiąganie zamierzonych celów. Jestem także szczęśliwą żoną i matką. Tę rolę uważam za najważniejszą. Mąż Edward i dzieci: dziewczynki dziewięcioletnie Patrycja i Alicja oraz chłopcy sześcioletni Franuś i Wacuś są mi najbliższymi osobami na świecie. W nich znajduję potrzebne oparcie oraz motywację do dalszej pracy. Bo rodzina jest tym, co naprawdę się liczy. Odkąd mam rodzinę, to mam takie swoje motto życiowe, które brzmi: "Dla siebie żyjesz dniem dzisiejszym, dla swoich bliskich - każdym kolejnym". Sercem mojej rodziny jest dom, w którym skupia się całe życie domowników. Te wspólne godziny są najpiękniejsze. Bardzo cenię sobie niedzielne obiady w gronie całej rodziny. Podczas dłuższych weekendów wyjeżdżam razem z całą rodziną, która jest dla mnie najważniejsza. Zimą są to wyjazdy w góry na narty, a latem nad jeziora świetnie nadające się do żeglowania, które jest hobby mojego męża, a także zwiedzamy przeróżne zakątki w kraju, jak i za granicą. Jestem orędowniczką klasycznej rodziny, która jak taka łódeczka z łupiny orzecha po burzliwym morzu życia płynie. Jak się przedziurawi, ta się ją łata, ale musi być i płynąć dalej. Kluczem do szczęścia małżeństwa jest nie myśleć o swoim szczęściu, tylko o uszczęśliwianiu drugiej osoby. To trudne, ale się opłaca. Nauczyłam się pracować i żyć uczciwie. Robię wszystko, by życie moje i mojej rodziny układało się jak najlepiej. Ufnie i wytrwale kroczę drogą swojego przeznaczenia, nawet, kiedy przeszkody wydają się nie do pokonania. Niekiedy wieczorem, gdy nasze dzieci już śpią, lubię siąść w fotelu i choć przez chwilę snuć refleksje nad życiem. Pomimo tego, że jestem dojrzałą kobietą, żoną i matką, pozostała mi dziecięca wrażliwość świata. Lubię otaczać się pięknymi przedmiotami oraz żyć w bliskości bogatych duchowo ludzi. Z łezką w oku, ze wzruszenia przypominam sobie słowa poety Carlo Caretty, które mój mąż mi zadedykował podczaj jednej z wielu uroczystości rodzinnych, a brzmią one: "… kobiety były i są najbardziej pracowite …

we wspólnotach najważniejsze …
w dziele ewangelizacji najbardziej oddane …
w serdeczności najbardziej ujmujące …
a w darze czynionym z siebie najbardziej szczodre …"

Jakże te słowa pięknie oddają obraz kobiety. To, co w życiu doświadczyłam i osiągnęłam, to, oczywiście kwestia silnej woli. Wszystko, co uczyniłam, w dużej mierze zawdzięczam rodzicom i przyjaciołom. Z niczego, w co się wierzy, nie wolno rezygnować. Szczęście tkwi w tym, co robimy, w nas samych. Wszystko, co mogę zrobić, to żyć tak, żebym nie musiała tego nigdy żałować. Dla mnie, człowieka chrześcijanina - katolika, Bóg jest najważniejszy, stoi na pierwszym miejscu. Mam Mu za co dziękować - Jemu Mistrzowi, bez którego byłabym niczym, a z którym jestem wszystkim. Gdy tak jeszcze nasuwały mi się różne myśli … zatrzymałam się w biegu …, przymknęłam oczy. Wtem poczułam, że ktoś mnie szturcha i liże po policzku. Do mych uszu doszedł głos szczekania i miauczenia. Gdy otworzyłam oczy, ujrzałam mojego ulubionego psa - labradora Chapsa i kotkę Mimi, oraz siebie siedzącą pod lipą. Po chwili uzmysłowiłam sobie, że to wszystko, co tak niedawno robiłam, kim i gdzie byłam, to był sen, ale jakże cudowny .

Dwadzieścia lat minęło, jak jedna chwila, a to co przed nami, możemy kształtować wspólnie. Dwadzieścia lat minęło, jak jeden dzień, a raczej sen. Ach! Co to był za dzień i sen … już teraz trudno uwierzyć.

Katarzyna Grec