O nas


Nasze działania


Projekt Unijny


Konkursy literackie


Recenzje

Inga Knabe
SP im. W. Jagiełły w Starych Skoszewach
Opiekun: Edward Krawczyk
Życie to nie bajka

Siedziałam na huśtawce, bujając się coraz wyżej. Wiatr plątał moje kasztanowe włosy, wiedziałam, że wieczorem ich nie rozczeszę, ale mało mnie to obchodziło. -Daria, choć tu zobacz, co znaleźliśmy!- zawołała za strony parku Weronika.
-Już idę!- odkrzyknęłam, zeskakując z huśtawki. Gdy przedarłam się przez krzaki, Weronika i Filip pochylali się nad jakąś kremową, włochatą kulką.
-Co to ... ?- urwałam w połowie zdania- Jejku, to przecież mały piesek!- krzyknęłam.
-Jak myślisz, żyje?- spytała przerażona Weronika
-Pewnie tak, Weronika daj mi swoją bluzę.
Dziewczyna sięgnęła do torby i wyjęła z niej zielono-różową grubą bluzę. -Proszę- podała mi ją. Wzięłam małego pieska i opatuliła go materiałem.
-Aniela, chodź tu!- krzyknął Filip, a po chwili z krzaków wypadła także Aniela.
-Jakie biedne maleństwo- zawołała- Chodźmy do mnie, to go nakarmimy, moich rodziców nie ma w domu, więc nie będą robić scen.
-Dobry pomysł, chyba zbiera się na deszcz- powiedziałam i spojrzałam znacząco na kłębiące się nad nami ciemne chmury.
Wszyscy czworo rzuciliśmy się biegiem przez park, na ziemię zaczęły spadać pierwsze krople deszczu, mocząc nasze ubrania. Gdy wreszcie zdyszani wpadliśmy na podwórko Anieli, nie mieliśmy na sobie suchej nitki. Nasza przyjaciółka zaprosiła nas do środka, po czym pobiegła do łazienki po ręczniki do osuszenia naszych mokrych twarzy i ubrań. Zdjęliśmy buty i weszliśmy do salonu, w tej samej chwili w drzwiach łazienki pojawiła się Aniela z naręczem błękitnych puszystych ręczników.
-Łap- powiedziała i rzuciła mi dwa. Złapałam je w locie jedną ręką, odwinęłam pieska z mokrej bluzy i zaczęłam wycierać go jednym z nich. Weronika wzięła mokrą bluzę i poszła ją powiesić na suszarce w łazience.
-On chyba jeszcze pije mleko- powiedział Filip, klękając koło mnie.
-Chyba tak -odpowiedziałam
- Wiecie co, mam chyba jeszcze jakieś butelki po Laurze, pójdę podgrzać psiaczkowi mleka. Czy ktoś chce herbaty?
-Ja!- odezwali się chóralnie wszyscy, nawet Weronika, wychylając się z łazienki.
Po pięciu minutach siedzieliśmy na dywanie, sącząc z kubków gorącą herbatę. Piesek drzemał smacznie na kolanach Filipa.
-Może się zgubił-powiedziała Weronika.
- Wiecie co, jutro powywieszamy ogłoszenia, że go znaleźliśmy- zarządziła Aniela.
-Tak, to dobry pomysł- pochwaliłam Anielę- Ja już się chyba będę zbierać, jest późno i rodzice będą się martwić.
-Ja też już muszę lecieć, pa dziewczyny.
-Cześć- odpowiedziały.
Wyszliśmy z Filipem na drogę, odetchnęłam rześkim po deszczu powietrzem.
-Aniela ma fajnie. Rodzice pozwolą jej zatrzymać pieska. Moi, gdybym tylko wszedł z nim do domu, zrobiliby mi dziką awanturę- pożalił się Filip
- Mnie pewnie też- próbowałam go pocieszyć -ale Aniela wcale tak fajnie nie ma.
-A niby dlaczego, chyba mi nie powiesz, że robienie co się chce nie jest takie fajne?- spojrzał na mnie pytająco.
-No jest, ale ona prawie nie widuje się z rodzicami, gdyby nie my umarł by z samotności, oni ją olewają.
-No tak- przyznał mi rację- Dobra, zostawmy ten temat, pogadajmy lepiej o tym, co kupić Weronice na jej urodziny.
- Widziałam ostatnio w centrum handlowym taką śliczną kolorową torbę, pomyślałam że nadawałaby się.
-No, przecież Wercia ma świra na punkcie torebek. Daria jesteś genialna.
-O, widać już mój domek, to do zobaczenia w szkole.
-Poczekaj- przysunął się do mnie o wiele za blisko, jak na przyjaciela, tuląc mnie do siebie jedną ręką, musnął wargami mój policzek.
-Cześć- szepnął.
Nie wiem, ile tam stałam jak sparaliżowana. Gdy wreszcie znalazłam się w moim pokoju, usiadłam przy biurku i zaczęłam rysować, nie dbając o to, co właściwie rysuję. Na kartce pojawiały się kolejne linie, których bieg wyznaczało moje serce.
-Daria, idź już spać!- zawołała moja mama.
-Dobrze- odkrzyknęłam, ale wcale nie miałam zamiaru spać, wieczorem najlepiej mi się rozmyślała. To właśnie wtedy powstawały najlepsze z moich prac. Spojrzałam na nowo powstały obraz, na którym widniał anioł przykuty do ściany a wokół niego wychudzone zjawy wysysające z niego życie, Właśnie tak się czułam, jakby ktoś wysysał ze mnie wszystko, co dawało mi siłę, by brnąć dalej przez życie. Zeskanowałam rysunek i wrzuciłam na stronkę, na której miesiąc temu założyłam konto. Wszystkie moje prace spotkały się z gorącym aplauzem ze strony artystów wszelkiej maści, i tak stało się również tym razem. Mimo późnej pory, była 22.30, zostałam zasypana pozytywnymi komentarzami o moim talencie. Zamknęłam komputer i położyłam się na łóżku, wyjęłam spod poduszki książkę, otworzyłam ją na 287 stronie i pogrążyłam się w lekturze. Słońce nieśmiało zajrzało do mojego pokoju, zmieniając barwę puszystego dywanu z niebieskiego na fioletowy. Wyskoczyłam z łóżka i popędziłam do okna. Słoneczko niedawno wstało, ale ja miałam zamiar jeszcze przed pójściem do szkoły odwiedzić Anielę i dowiedzieć się, co u pieska. Mały wróbelek przysiadł na gałęzi drzewa rosnącego tak blisko mojego okna, że często podczas burzy stukało w okno, teraz otworzyłam je na oścież, do pokoju wtargnęło ciepłe, czerwcowe powietrze, odwróciłam się podeszłam do szafy, dziś postanowiłam się ubrać w zieloną sukienkę. Zeszłam do kuchni zjeść śniadanie, otworzyłam lodówkę, po czym ją zamknęłam. Przeszła mi ochota na śniadanie. Wybiegłam z domu, zarzucając torbę na ramię, biegłam najszybciej jak mogłam, już nie mogłam się doczekać spotkania z pieskiem. Otworzyła mi rozczochrana Aniela w czarnej tunice.
-Dziewczyno, ty chyba żyjesz powietrzem, nie śpisz, nie jesz - powitała mnie.
-Ponoć artyści tak mają- odpowiedziałam- Jak tam piesek?
-Wchodź, już w pełni odzyskał siły, biega jak szalony. Nazwałam go Sam.
-Ślicznie, Sam choć tutaj - Zza kanapy wybiegł szczeniaczek merdający ogonkiem. W połowie drogi maleństwo zatrzymało się gwałtownie i spojrzało na mnie spłoszonym wzrokiem.
-Sam, nie bój się, no idź- zawołała do niego Aniela. Szczeniak podszedł do mnie i wzięłam go na ręce.
-Nakarm go, butelka jest w kuchni, a ja dokończę się szykować.
-OK.
Moja kumpela uczesała się w ekspresowym tempie i po pięciu minutach szłyśmy już drogą prowadzącą pod dom Weroniki. Zastałyśmy Wercię zapłakaną przed komputerem.
-Weronika, co ci się stało?- spytałam
-Jeszcze pytasz? Filip na swoim blogu napisał, że kocha ciebie i nikogo innego!!- i schowała głowę w kolana.
-Weronika, daj spokój, przecież ja mam go gdzieś. Jest moim przyjacielem tak jak ty i Aniela.
- Wczoraj to ciebie odprowadził, na mnie nawet nie spojrzał.
-Wercia, wczoraj, jak wracaliśmy, mówił tylko o tobie i o twoich urodzinach.
To nie do końca była prawda, ale nie miałam serca mówić Weronice, jak było naprawdę, sama nie wiedziałam jeszcze, co o tym myśleć.
-Naprawdę?- spytała.
- Tak- odpowiedziałam- a teraz chodź, bo się spóźnimy do szkoły.
Cały dzień próbowałam unikać Filipa, ale najwyraźniej nie jestem w tym za dobra, bo złapał mnie, jak wychodziłam ze szkoły.
-Daria, poczekaj!- krzyknął. Serce stanęło mi z przerażenia.
- Tak- obróciłam się powoli.
-Jutro urodziny Weroniki, a my jeszcze nie mamy prezentu. Dzisiaj mamy mało zadane, więc ...
-OK, możemy.
Kamień spadł mi z serca, wprawdzie przez całe zakupy próbował mnie wziąć za rękę, ale z tym sobie radziłam, gdy tylko chciał to zrobić, wskazywałam ręką na jakąś rzecz na wystawie.
-Skoro już kupiliśmy prezent, to chyba należy się nam jakaś nagroda. Co powiesz na lody? Ja stawiam.
-Dobry pomysł, usiądziemy sobie gdzieś i pogadamy, bo czuję, że nogi zaraz odmówią mi posłuszeństwa. Poza tym jakoś dziwnie się czuję, trochę kręci mi się w głowie.
-Nic dziwnego przeci....
Jego słowa już do mnie nie docierały, poczułam, że tracę grunt pod nogami, a później zapadłam w ciemność .....
-Daria, proszę otwórz oczy!.
Rozchyliłam powieki, oślepiło mnie intensywne światło lamp. Ostrożnie usiadłam na ławce, na której mnie położono.
-Spokojnie, żyje.
- Tak się o ciebie bałem- wyszeptał i porwał mnie w ramiona.
- Proszę, puść mnie, chcę wrócić do domu.
Spojrzał na mnie rozczarowanym wzrokiem, ale pomógł mi wstać i poszliśmy w stronę wyjścia.
To był długi dzień, wiedziałam, że muszę powiedzieć Filipowi, że nie odwzajemniam jego uczuć, tylko nie bardzo wiedziałam, jak to zrobić. Jutro wybierałam się na urodziny Weroniki, jak będzie mnie odprowadzał, to mu to powiem. Z takim postanowieniem odpłynęłam w krainę snów.
Nazajutrz wstałam prawie w południe, więc musiałam się śpieszyć, by zdążyć na urodziny Weroniki, które miały się zacząć o czternastej. Postanowiłam włożyć na tę okazję zwiewną białą sukienkę, więc wyjęłam ją z szafy i popędziłam do łazienki się ubrać. Po namyśle spięłam część włosów świecącą spinką w kształcie motylka.
-Daria, kochanie, powinnaś coś zjeść, jesteś taka chuda.
-Mamo, daj spokój, nie jestem głodna!- odkrzyknęłam.
Właściwie to trochę byłam, ale miałam to gdzieś, denerwowały mnie uwagi moich rodziców, że nic nie jem. Od tego ich gadanie traciłam apetyt. Zbiegłam na dół do przedpokoju, wzięłam z wieszaka kurtkę i wyszłam.
-Idę do Weroniki!- krzyknęłam, zamykając drzwi. Czasem chciałam, żeby wszystko było łatwiejsze, żeby Filip dał mi spokój, żeby rodzice się odczepili i żeby Weronika przestała być zazdrosna ...
Nawet nie zauważyłam, że znalazłam się pod domem Weroniki. Gdy weszłam, okazało się, że wszyscy już są. Poczułam na sobie zimne spojrzenie Weroniki.
-Musiałaś się tak ubrać? Teraz na pewno na mnie nie spojrzy- -szepnęła, przechodząc koło mnie.
Miałam dość, nie miałam siły wciąż tego znosić. Odwróciłam się i wybiegłam na dwór.
-Daria poczekaj!- krzyknął do mnie Filip, złapał mnie za rękę i przyciągnął do siebie.
-Zostaw mnie!!!- krzyknęłam może trochę za głośno, bo spojrzał na mnie pełnym zdziwienia wzrokiem.
-Ale Daria, ja cię kocham.
-No to masz pecha, boja ciebie nienawidzę!!!
Wyrwałam mu się i pobiegłam do parku, usiadłam na ławce i zaniosłam się płaczem. Czemu moje życie robi wszystko, bym przeżywała piekło na ziemi. Filip wszystko popsuł ... choć ... nie, to moja wina, jestem do niczego.
Wróciłam do domu dobrze po dwudziestej pierwszej, z głodu kręciło mi się w głowie, ale miałam to gdzieś, wszystko miałam gdzieś.
-Daria, co ja ci mówiłam? Miałaś wrócić do domu przed dwudziestą, poza tym dziecko, jak ty wyglądasz, czy ty coś dzisiaj jadłaś?
-Mamo, daj mi spokój, nie chce z tobą gadać.
-Porozmawiamy rano, a teraz idź już spać.
Powłócząc nogami, wspięłam się po schodach do mojego pokoju i poszłam spać.
Ta noc nie zaliczała się do najspokojniejszych w moim życiu, budziłam się wiele razy przez sny tak dziwne, że po paru minutach już ich nie pamiętałam. Efekt tego był taki, że czułam się tak, jakbym zarwała całą noc. Na szczęście dziś jest niedziela, więc nie musiałam iść do szkoły. Zabrzęczał telefon, niezdarnie podbiegłam do niego i podniosłam słuchawkę.
-Cześć Daria, słuchaj, musisz zaraz przyjść. Sam zginął!- krzyknęła Aniela przerażonym głosem.
-Ok., ubiorę się i przyjdę. Do zobaczenia.
Szybko wcisnęłam czerwoną słuchawkę, zanim Aniela zdążyła powiedzieć coś jeszcze. -Daria, chodź do kuchni- zawołała mnie mama.
-Chwila! - odkrzyknęłam.
Szybko się ubrałam i zeszłam do kuchni, w której czekała na mnie zmartwiona mama. Łatwo było poznać, kiedy się smuciła. Wszystkie jej uczucia zdradzały jasnoniebieskie oczy, takie same, jak moje, tylko że starsze. Gdy byłam mała, zawsze ją wtedy przytulałam, ale teraz nie robiłam tego od dłuższego czasu. Nagle zdałam sobie sprawę, że przez ostatni czas jej nie zauważałam, tata, to co innego, on zawsze wydawał mi się taki obcy. Ale mama? Czułam się winna ...
-Daria, córeczko, co się z tobą dzieje, przecież my cię nie zmuszamy do jedzenia, ale ty nic nie jesz, martwię się...
-No .. bo- nagle zapragnęłam jej powiedzieć o Filipie i Weronice.
Wyrzuciłam to z siebie prawie jednym tchem, a na końcu się popłakałam. Mama podeszła i przytuliła mnie, zrobiło mi się od razu lepiej. Szkoda, że tę chwilę musiało popsuć jedno zdanie.
-Może byś coś zjadła, zrobiłam ci kanapki z masłem orzechowym- powiedziała i postawiła przede mną talerz. Nie chciałam nikomu mówić, ale nie podobałam się sobie. Mój brzuch i nogi nie były takie, jak bym chciała. Nie byłam gruba, ale ....
-Mamo, wystarczy mi jabłko, naprawdę- dodałam widząc jej minę- spieszę się, Anieli zginął pies i musimy go poszukać.
-No dobrze- powiedziała - ale widziałam, że nie jest zadowolona.
Wzięłam jabłko i pobiegłam pod dom koleżanki, czekała już na mnie na dworze, widać było, że oczy ma mokre od niedawno wytartych łez.
Szukałyśmy pieska do południa, lecz mimo to się nie znalazł.
-Jutro wznowimy poszukiwania, ja muszę już wracać do domu- oznajmiła Aniela.
-Ja jeszcze trochę go poszukam, mam czas do wieczora, więc sprawdzę w parku.
-Ok., jak byś go znalazła, to zadzwoń.
-Cześć.
-Cześć.
W parku długo wołałam Sama.
-Sam piesku, proszę przyjdź do pani!
Załamana usiadłam na ławce i schowałam twarz w dłoniach.
-Czy mogę w czymś pomóc?
Obok mnie na ławce usiadł ciemnowłosy chłopak, wstałam.
-Nie chy ... - nie dokończyłam zakręciło mi się w głowie i musiałam usiąść.
-Nie tak szybko- zaśmiał się -może pójdziemy się czegoś napić.
-Nie mogę, szukam psa mojej koleżanki. .. jak na razie z kiepskim skutkiem- dodałam.
-To może pójdziemy poszukać w schronisku dla zwierząt. -Ok., dobry pomysł.
Wieczorem, po powrocie do domu zadzwoniłam do Anieli. -Znalazł się- krzyknęłam do telefonu, prawie płacząc ze szczęścia.
-Och, to wspaniale. Gdzie był?
-No, nie uwierzysz, spotkałam chłopaka. Ma na imię Rafał, on mi go pomógł znaleźć, poszliśmy do schroniska i tam znaleźliśmy Sama. Rafał opowiadał mi o tym, jak pomaga w schronisku, on jest wspaniały.
Następne tygodnie minęły zanim się obejrzałam. Razem z Rafałem pomagałam w schronisku, czułam, że coś do mnie czuje. Spędzaliśmy ze sobą każdą wolną chwilę, coraz częściej kręciło mi się w głowie, a czasami nawet zdarzało mi się mdleć, ale zaprzątałam sobie głowę innymi rzeczami.
Pewnego dnia Rafał zadzwonił do mnie, że chce się spotkać w centrum handlowym. Ucieszona w podskokach pobiegłam na spotkanie.
-Cześć.
-Cześć-szepnął i przytulił mnie. Znowu zaczęło mi się kręcić w głowie, mocniej złapałam się jego skórzanej kurtki, by nie upaść.
-Daria, co ci jest? Ciągle mdlejesz, nic nie jesz, jesteś chuda jak kościotrup, co się z tobą dzieje?
-Bo myślałam, że jestem gruba więc ...
-No dobrze, chodź pójdziemy na pizzę i wszystko mi opowiesz.
Powiedziałam mu o Filipie i Weronice i o tym, jak mi jej brakuje, i o urodzinach.
-A nie możesz się z nią pogodzić?
-No, ... nie próbowałam .. masz rację, pójdziemy tam, już mam dość, chcę, by było tak, jak dawniej.
Zastaliśmy Weronikę siedzącą na podłodze z Filipem.
-Chciałam przeprosić.
-To my cię powinniśmy przeprosić- powiedziała Weronika.
Spędziliśmy kilka dobrych godzin na rozmawianiu, niby o niczym. Wspominaliśmy dzieciństwo, było wspaniale.
Rafał zaoferował się odprowadzić mnie do domu. Szliśmy przez park, słuchając szumiących drzew.
-I wszystko jak dawniej-westchnęłam.
-Czy obiecasz mi coś?- spytał.
-Jeśli to coś do spełnienia?
-Obiecaj, że już nigdy nie będziesz się odchudzać.
-Obiecuję.
Pochylił się i pocałował mnie tak cudownie ... Poczułam, że tracę grunt pod nogami. Tym razem nie z głodu.