Anna Dymarska
Publiczne Gimnazjum nr 7 w Łodzi
opiekun: Anna Balcerska
Siedzę sobie w swoim przytulnym małym pokoiku i zerkam ze smutkiem na zakurzone pudełko znajdujące się na czubku szafy. Kurz świadczy o tym, że już dawno nikt tam nie zaglądał. Zdejmuję je ze smutkiem i zaglądam z zainteresowaniem. Są w nim zbierane listy, karteczki, a nawet papierki od wspólnie zjedzonych cukierków, które zbierałam razem z moją najlepszą przyjaciółką Julką.
Prawie rozmawiam sama ze sobą, ponieważ mam potrzebę opowiedzenia komuś, o wspaniałej znajomości, jaką przeżyłam z drugą osobą i która niestety w "drastyczny"" dla mnie sposób się skończyła. A więc było to tak ...
Mijały dni, miesiące, lata, a My zawsze razem. Ja w prawo, ona w prawo, ona w lewo, ja w lewo. Całe dnie spędzane na wspólnej zabawie. To było takie beztroskie. Miałyśmy też pewien sekret. Julcia miała swoje maskotki - misie, było ich aż 10 i ja miałam jednego misia - Tadzia. Stworzyłyśmy im domek. Misie się rodziły, żeniły, chodziły z nami na wycieczki i były z nami wszędzie.
Byłyśmy tak zajęte sobą, że nie chciałyśmy nowych kolegów i koleżanek w naszej przyjaźni, bojąc się, że komuś nie spodobają się nasze misie.
Byłyśmy coraz starsze, ale nie umiałyśmy i nawet nie chciałyśmy dorosnąć. Ubranek dla lalek i misiów przybywało. Moja szafa zmieniała się w szafę Tadzia i moją. We wspólnie stworzonym świecie żyłyśmy sobie razem.
W szkole na każdej lekcji siedziałyśmy razem. Każda praca musiała być robiona wspólnie, bo inaczej wielkie marudzenie. A po pracy wspólna wyprawa do kuchni, by upiec do herbatki pierniczki czy gofry.
Wszystko było niesamowite, bo nigdy nie czułyśmy się samotne. Zawsze miałyśmy dla siebie czas, ponieważ dzień bez siebie był dniem straconym. Kiedy moi rodzice wychodzili na wieczór z domku, zawsze mogłam nocować u Julii i na odwrót.
Do dziś pamiętam zdziwienie rodziców, jak po kilku godzinach spędzonych razem w szkole natychmiast do siebie dzwoniłyśmy, bo spraw o których "fajnie" byłoby porozmawiać czekało całe mnóstwo. No bo jak mogłam sama zdecydować, czy jutro nasze miśki będą szły na przyjęcie, czy cały dzień będą bujać się na hamaku. I tu.. Biegiem do piwnicy. Jest! Mój hamak! Jaki on śliczny. Rozwiesiłam go natychmiast w ogrodzie i patrzyłam na niego z zachwytem.
Ale, niestety, nie mogło to trwać wiecznie. Tadzio był. A Julka? Jej ulubione miejsce pozostawało puste.
Dopóki nie nadeszła VI klasa szkoły podstawowej, nie zastanawiałam się, co będzie, gdy nasze drogi się rozejdą. I to był błąd.
Wybrałyśmy różne gimnazja. To było jak rozdzielenie sióstr syjamskich po wieloletnim życiu razem. Może to głupio zabrzmi, ale nie umiałam bez niej żyć. Nie wiem do tej pory, czy ona też tak się czuła, ale ja bardzo przeżywałam nasze rozstanie. Doskwierała mi wielka samotność, ponieważ przez 6 lat nie poznałam wielu osób, z którymi mogłabym utrzymywać kontakt. Jak jej zabrakło, to okazało się, że jestem zupełnie sama. Nie mam komu się zwierzyć, nie mam z kim porozmawiać.
Z moimi rodzicami nigdy nie mogłam szczerze porozmawiać, bo ich wiecznie powtarzane słowa: "Przecież mówiliśmy, że tak będzie", wcale mi nie pomagały. Jeszcze do ostatniego dnia szkoły miałam nadzieję, że często będziemy się spotykać, opowiadać, co tam u nas. Ale niestety.. Z każdym dniem słyszałam: "Przepraszam Cię Aniu, ale naprawdę mam bardzo dużo pracy i nie mogę się spotkać... pani nam tyle zadała, że cały weekend musze siedzieć w domu..."" Jak najbardziej rozumiałam to, bo przecież też chodzę do szkoły, ale dla najlepszej przyjaciółki trzeba, po prostu trzeba znaleźć kiedyś choć pięć minut.
Co jakiś czas dzwoniłam do Julki w nadziei, że uda nam się spotkać. Miałam jej tyle do powiedzenia. Od czego zacznę? Mętlik w głowie. Zupełnie niepotrzebnie. Nie mogła. Jak zawsze nie mogła! No dobrze, a może choć krótki spacer??? Niestety. W słuchawce panowała ta sama cisza. Ale i tak dużo trudu mnie to kosztowało. Później ograniczyłam te prośby do jednej na miesiąc, lecz było coraz gorzej.
Czy dla Niej nic nie znaczyło sześć lat spędzonych dosłownie nierozłącznie?! Mówią, że to tylko zły sen. Miałam nadzieję, że po pewnym czasie stęskni się za mną i sama zadzwoni. No, ale nie doczekałam się. Telefon ciągle milczał. Zaraz zacznie się czwarty rok od ukończenia szkoły podstawowej, a ja na palcach jednej ręki mogę zliczyć ilość naszych spotkań, zresztą przypadkowych.
Zapadam się w miękki fotel. Jest! Widzę Ją! Ale ładna sukienka!
Otwieram oczy. Obok mnie nikogo nie ma. Chyba po prostu zasnęłam. Włączyłam ulubioną muzykę, bo oprócz Tadzia i Julki lubię coś jeszcze, np.: rower, rolki, kino...
Najgorsze jest to, że te zajęcia zrodziły się przy mojej przyjaciółce i chciałabym to wszystko robić właśnie z Nią. Jak to mówią "bez niej nawet niebo ma czarny kolor".
Już wiem, co było największym błędem. Wtedy gdy był czas na poznawanie ludzi i zaczynało się wkraczać już w pewnego rodzaju dorosłość, odtrącałam innych rówieśników. Nie powinnam tak robić. Nikt mnie w odpowiednim momencie nie nauczył, jak się sobą dzielić, a im później tym trudniej.
Dopiero niedawno mama powiedziała mi, że świat ma dla mnie wiele propozycji. Bo dopiero obracając się w dużym gronie znajomych, można zaznać wspaniałego życia i jakże radosnego. Każdy będzie miał mi coś do zaproponowania...
A ja, z każdym, szybko przemijającym rokiem, "ganiając za codziennością", boję się, że nie zdążę poznać na tyle dobrze ludzi, by byli oni "na stałe" w moim życiu, a bardzo tego potrzebuję. Nie wiem, skąd to się wzięło, ale myśl, ze wszyscy znajomi w jakimś momencie mojego życia nie będą mieli dla mnie czasu, jest bardzo dołująca.
Może to obawa, że tak jak w przypadku Julii, będzie to wymówka i sposób na skończenie znajomości. A dla mnie to będą kolejne pytania retoryczne: "Co ja takiego zrobiłam?".
Nie miałam do tej pory pojęcia, jak jedna znajomość i relacje z drugim człowiekiem mogą wpłynąć na całe życie. Jest to ślad w psychice, który nigdy nie zniknie. A dla wrażliwej osoby, przeżywającej wszystko co dzieje się dookoła, jest to duży problem, lecz...
Nadal wierzę, że nadejdzie taki moment, iż znów będziemy najlepszymi przyjaciółkami i wróci wymyślony przez nas kiedyś skrót TNZNP "Twoja Na Zawsze Najlepsza Przyjaciółka", którym był poprzedzany niegdyś każdy podpis. To była bardzo poważna deklaracja, bardzo zobowiązująca, a teraz.. zostało tylko zakurzone pudełko na szafie.
Mam jednak nadzieję, że przyjdzie jeszcze czas, w którym nie będę tylko JA, lecz znowu będziemy MY.
