O nas


Nasze działania


Projekt Unijny


Konkursy literackie


Recenzje

Agnieszka Tarnowska
Publiczne Gimnazjum nr 28
im. Marszałka J. Piłsudskiego
kl. II A
Opiekun: nauczyciel jęz. polskiego - pani Anna Sokólska Makara

Rozglądam się wokół i kogo widzę ?
Narcyza, Prometeusza, Niobe, Syzyfa, Antygonę ...

         I oto zaczyna się nowy dzień. Poniedziałek. Żal mi go - witany z niechęcią, bo rozpoczyna tydzień pracy i każe wcześnie rano wyrywać ludzi ze snu. Choć drażni lekko powieki promieniami słońca, by nas rozweselić, daremny jego trud. W bezsilnej złości na świat brutalnie uderzamy budziki i nie dostrzegamy tego małego prezentu od losu. Na przekór temu wstaję i odsłaniam zasłony.
         - Dzień dobry! - mówię do Boga, Świata, Poniedziałku, sama nie wiem kogo. Może to zwykła nadzieja, że ten dzień jednak przyniesie coś nowego, że nie będzie tylko chwilą, która pójdzie w niepamięć.
         Ubieram się, tak po prostu, zwyczajnie. Ścielę łóżko i już zapominam, że myję zęby, bo właśnie stoję na równinie. Cisza przed burzą. W górze granatowe chmury na stalowym niebie. Ponad tą kopułą słyszę odgłosy bitwy. Jak tsunami ryk Posejdona przewala się nade mną i spływa deszczem po krawędziach szklanki, w której stoję ja, a za przezroczystym murem bogowie walczą o mój kolejny krok.
         Trzask! Dociera do mnie, że znowu zamiast zębów umyłam ręce. Biegnę do kuchni, bo już późno. Tatuś woła.
         Jem kanapkę z drobiową szynką i kalarepą (nowe odkrycie Mamusi). Chleb ma intensywny, lekko kwaskowaty smak i jest sycący jak ambrozja. Wędlina ma kruchą konsystencję, nie jest (na szczęście) śliska. Kalarepa orzeźwia jak boski nektar, jest słodka i wilgotna.
         - Nie przysypiaj. - słyszę głos Tatusia. No tak. Być może już czas zejść na ziemię. Szkoła czeka.
         Biorę plecak, wkładam buty, wychodzę na dwór. Powietrze jest gorące, słodkie, mdłe. Nie daje uczucia orzeźwienia. Wsiadam do samochodu, zamykam drzwi. Z radia płyną słowa piosenki Czyżykiewicza: "Po co nam zima, gdy już była, a chwila po co, gdy za chwilę chwili kres...". I znowu pojawiam się na samotnej skale wśród morza głów. Szkoda, że nikt tutaj nie wchodzi. Gdy chcę komuś pomóc i podaję rękę - odchodzi. Jeżeli jednak podejmie wspinaczkę - przypadkiem podstawiam mu nogę. I nadal stoję - biała Nike - podbródek podniesiony, a o skałę rozbijają się fale głów. Nikt nie widzi, że spiż jest mokry, a kark zesztywniał.
         Trzask! Już jestem przed szkołą. Wysoki budynek rzuca szary cień na szarą ulicę. Tu zaczynam być szara, bo nie można inaczej, bo takie zasady ustalił ktoś, taki ktoś szary, taki szary tłum. Hałas jak w ulu, tyle, że każda pszczoła ma tyle samo pasków.
         - Cześć! - słyszę.
         - Cześć! - odpowiadam i zapominam, co to znaczy. Duszno mi w tym jednym - szarym - kolorze.
         Tęsknię. To nie moje miejsce. To nie ci ludzie. To nie to niebo, nie ten świat, nie ci bogowie. Wiem, gdzie powinnam być i wiem, że nie mogę. Włóczy się za mną tylko ten pies, opowiadając o Tym.
         - Odczep się! - krzyczę bezgłośnie, ale on wie, że go potrzebuję.
         Tłum niesie mnie na matematykę. Nikt nie zauważa wejścia nauczyciela. Przy sprawdzaniu listy trzeba zachować trochę uwagi, ale potem już tylko szum, jak po włączeniu odkurzacza, który wyssał wszystkim z umysłu świeżą myśl. Gdzieś, przy tablicy, słychać monotonny głos, jakby nauczyciel poddał się i już wiedział, że wykonuje swą pracę Syzyfa, który wtacza swój głaz, a on kolejny raz spada, grzebiąc resztki nadziei. Patrzę w okno. Obraz jest ostry jak brzytwa i wwierca mi się w głowę jak śruba, powtarzając bez końca: tu jemioła, a tam drzewo, które żyje, choć przez nią zginie. Tu jest mur, zniszczony, przed niczym nie chroni, lecz jest, więc patrz i ciesz się, bo wciąż jednak stoi. Oto boisko, szare jak szkoła. Tam schody wiodące do drzwi, a drzwi do wnętrza, a wnętrza nie widać, nie pytaj, więc, o nie.
         Dzwonek. Teraz wchłonięta przez szarość - zrobiona na szaro - nie mogę być sama. Będę się dusić w pustych słowach bez treści, bo tak trzeba. I nie mogę się żalić. Bo tak trzeba. Muszę teraz być tym, kogo potrzebują. Bo tak trzeba. I nie można tego zrozumieć. Bo to nie jest do rozumienia.
         - Agnieszko, Agnieszko, muszę ci coś powiedzieć. - ciągnie mnie za ramię Ania.
         - Słucham. - posłusznie idę za nią na drugą stroną korytarza.
         - Maciek idzie do kina z Kasią. - dziewczyna jest bliska płaczu.
         - Nie rozpaczaj. Może to jej inicjatywa, a Maciek nie umie odmówić. - pocieszam, pomimo że takie problemy są mi obce. Wspieram ją, bo tego potrzebuje, a ja nie mam prawa decydować o ważności jej zmartwień.
         - Może... - chwila zastanowienia. - Jak ją tylko zobaczę to jej tak..., że przestanie go zaczepiać. -klnie Ania.
         Biedna dziewczyna. Od paru miesięcy podoba jej się Maciek - kolejne olśnienie po Piotrku, Andrzeju i Kubie. Powiedziała mu to już ze sto razy, ale on nie zwrócił na nią szczególnej uwagi. Teraz dziewczyna wybucha nagłym płaczem z byle powodu, nie chce siedzieć, gdy Maciek stoi, atakuje wszystkich, którzy mówią o chłopcu źle. Wydaje jej się, że przeżywa coś wyjątkowego - upragnioną miłość, która zagłuszy dotychczasową pustkę w jej sercu. A to tylko głód uwagi otoczenia, potworna samotność i brak poczucia bycia ważnym dla koleżanek, kolegów, może też i jej samej powoduje, że stała się głośna, agresywna i stawia się w centrum wydarzeń społeczności klasowej. Nawet nie wie, że jak Niobe wszystko straciła - nikt jej nie lubi, nie szanuje, gdy tylko pojawia się na horyzoncie - chłopcy uciekają, bo nie ma honoru, ani dumy.
         Dzwonek. Teraz biologia? Być może. Już do klasy wchodzi nauczyciel. Opieram się o blat stołu. Jest gładki, śliski, chłodny, bez zapachu. Siedzę na końcu sali, więc mogę wszystkich obserwować. Co? Maciek znowu czesze włosy? Dziwne, jak ludzie się zmieniają. Kiedyś był normalny, spontaniczny. Od kiedy zaczął się podobać dziewczynom, stracił naturalność i przeobraził w Narcyza. Ciągle patrzy w to głupie lusterko. Biedna Beata, zwracając mu na to uwagę, naraziła się na śmieszność i utratę popularności. Jak Antygona walczyła o to, co według niej słuszne. Niestety przeznaczeniem każdej Antygony jest śmierć... Mijają kolejne lekcje. Już tylko informatyka i mogę iść do domu.
         - Agnieszko. - zwraca się do mnie Asia.
         - Tak? - odwracam się do mówiącej.
         - Świat nie jest sprawiedliwy. Na kartkówce dałam ściągnąć Uli, więc miałyśmy ten sam błąd. - opowiada. - Nauczyciel mniej mnie lubi, więc to ja dostałam jedynkę, a Urszula czwórkę.
         - Nie możecie tego wyjaśnić? - pytam.
         - Nie, Ula się nie przyzna. - wzdycha Asia.
         To tak wygląda współczesny Prometeusz? Dziewczyna łamie zasady bogów w - jej zdaniem - słusznym celu, ale czy daje koleżance ogień? Szkoda, że to tylko odprysk antycznej wielkości.
         Zmierzch bogów. Na ziemi leży rozbity kieliszek wina. Roznosi się rdzawy zapach. Echo brzęku dźwięczy jeszcze w uszach. Tak giną herosi, ale plamy z dywanu nie uda się sprać. W każdym kawałku szkła odbija się potęga, której lepiej nie wskrzeszać. Ci, którzy żyli snem o niej, przynieśli światu zniszczenie, a ich marzenie o sławie - ludziom ból. Wybrańcem Nike nie jest się długo. Jabłko Niezgody toczy się po podłodze, Róg Obfitości zwisa z żyrandola, śmiejąc się krzywo wyszczerbionym obliczem, zbyt wysoko, by można go było dosięgnąć. Maczuga Heraklesa jest już za ciężka dla ziemi, ale kwiaty Hadesu, których dotknęła Persefona, nadal kwitną.
         Olimp pękł. Gaja dokonała zemsty. Już tylko cisza i to Jabłko, ten Róg i te Kwiaty.
         Odbudujmy, więc Olimp, by miały się one gdzie podziać. Odbudujmy Olimp, by osiągnąć doskonałość. Odbudujmy Olimp.